Wydarzenia | Wywiady | TOP 10 | Showbiznes | Jezyk indonezyjski | Biznes PL-IND | Kontakt
 
 
 
O Autorze: Mateusz Patera - dziennikarz Akademickiego Radia Kampus 97,1 FM i student Międzywydziałowych Studiów Ochrony Środowiska Uniwersytetu Warszawskiego. Od 5-ciu miesięcy stara się poznawać Indonezję. O ludziach, miejscach, kulturze i jedzeniu na drugim końcu świata pisze "INDONEZYJSKIE STORY". Urodzony w 1990 roku, więc wciąż, jak sam mówi, ma świeże i rześkie spojrzenie na świat. Indonezja jest dla niego krajem, w którym zza rogu brudnej, szarej ulicy spogląda raj - indonezyjski oczywiście. Pasjonat piłki nożnej, dobrych filmów i teatru. Jakie ma plany na przyszłość? Brać świat pełnymi garściami.
 
"Kilka słów o Borobudur"
Mateusz Patera

W buddyjsko-jawajski koncept mandali, czyli obrazowania wszechświata na planie koła, wpisuje się Borobudur – majestatyczna świątynia wybudowana na przełomie VIII i IX w. n.e.

42 kilometry na północ od Yogyakarty jest miejsce, które przypomina Europę, a konkretniej europejskie zabytki licznie odwiedzane przez turystów.
Podobieństwo nr 1:
Bilety wstępu do Borobudur to koszt 9$ dla zagranicznych studentów i 18$ dla całej, niebędącej Indonezyjczykami, reszty. Wielka niesprawiedliwość – obywatele kraju spod czerwono – białej flagi, za taki sam bilet płacą tylko 3$, i nieważne czy się uczą, czy pracują, czy nic nie robią…
Podobieństwo nr 2:
Największa na świecie buddyjska świątynia położona jest na terenie ogromnego parku, pełnego wysokich drzew, równo przystrzyżonych trawników niczym z wersalskich ogrodów, ławek, koszów na śmieci itp.
Podobieństwo nr 3:
Przed wejściem na świątynny teren znajduje się ogromy parking, na którym zatrzymują się, wypełnione po brzegi turystami, autokary. Każdy, kto przylatuję do Indonezji odwiedza to miejsce zaraz po wylądowaniu w Jakarcie – umysłowe blizny po pobycie w stolicy gdzieś trzeba goić, a Borobudur mimo tysięcy odwiedzających sprzyja kontemplacji. W sumie nie wiem jak to się stało, ale mimo licznych sesji zdjęciowych na tle buddyjskiej świątyni, chętnie bym tam jeszcze raz wrócił.
Porównania mają to do siebie, że nie może w nich zabraknąć różnic – oczywiście zdarzają się też takie, ale nie w tym przypadku. Pierwsze, co rzuca się w oczy to obsługa, która przepasa turystów sarongami (dla zwiększenia atrakcyjności miejsca, bo wzorzyste chusty na biodrach są obowiązkowe w świątyniach hinduistycznych). Kolejną rzeczą niespotykaną na zachodzie jest darmowy bufet z kawą, herbata i ciasteczkami, przy którym można zaczerpnąć dawkę energii przed rozpoczęciem zwiedzania. Ostatnia różnica jest tą najgorszą.
Oblegane przez białych punkty podróży są bardzo sprytnie zbudowane. Takich zabiegów nie powstydziliby się tvn-owscy specjaliści od socjotechnik. Otóż, po zakończeniu zwiedzania jakiegoś miejsca należy podążać za strzałkami z napisem KELUAR/EXIT. Normalna sprawa. I właśnie wtedy, kiedy wydaje Ci się, że już jesteś w punkcie, gdzie stoi Twój autokar/samochód/skuter okazuje się, że przed Tobą jeszcze slalom między tysiącami straganów. Sprzedają w nich wszystko, co możliwe, od tandetnych posążków, przez ubrania, materiały, na zabawkach i sprzęcie grającym kończąc. O cenach tego badziewia nie wspominam, bo wszyscy wiemy, jakie przebicie potrafią mieć, niby to skromnie wyglądające, kobieciny w chustach na głowie. Niektórzy są nieugięci i pokonują, te ciągnące się kilometrami labirynty nie zwracając uwagi na zaczepki przekupek, ale są też tacy, którzy ulegają i kupują souveniry – np. gitarę, albo skrzypce jak nasz francuski kompan z autokaru. nigdy nie widać końca tych kramów. Zaplanowane dotarcie na czas do miejsca zbiórki zazwyczaj lega w gruzach, bo każdorazowe przebrnięcie przez zakupowe tortury zabiera 15-20 minut.
O samym Borobudur, bez cienia wątpliwości, można powiedzieć architektoniczny cud. W andezycie, z którego zbudowana jest świątynia, wykonano 2700 płaskorzeźb opowiadających o wierzeniach i życiu codziennym Jawajczyków i 504 posągi Buddów – ich widok dostarcza niesamowitych wrażeń. Trudno sobie wyobrazić jak świątynia mogła wyglądać przed wiekami, kiedy rzeźbione tablice były kolorowe.
Pięć, położonych jedna nad drugą, galerii, które tworzą świątynie, nie przypadkowo tworzą koncentryczny labirynt. Wyznawcy buddyzmu przechodzą go według dziesięciu etapów inicjacji. Ostatnim stadium, kończącym się w najwyższej piątej galerii zdobionej posągami Buddów, zamkniętych w ażurowych dzwonach, jest intuicyjne zrozumienie – na tym etapie wierni wiedzą o świecie tyle, że mogą go kontemplować.
Czcicielem Buddy nie jestem, dlatego mogłem zachwycać się architekturą, bogactwem i pięknem Borobudur również z jej najwyższego punktu. Jednak buddyjskie spojrzenie na świat ma w sobie niezwykły spokój, który dobitnie obrazują otaczające świątynię doliny, pełne palm i zielonych połaci. Niesamowita jest wytrwałość, z jaką dążą do siunjaty („pustki”) – mądrości – krok po kroku, bez zbędnego pośpiechu i agresji. Podziwiam.

 



Autor prowadzi sw
ój blog pod adresem: http://wonskyworld.blogspot.com/
 
 
 
 
 

moja-indonezja.pl

Twój adres e-mail