Wydarzenia | Wywiady | TOP 10 | Showbiznes | Język indonezyjski | Biznes PL-IND | Kontakt
 
 
 
 
Paulina Worm - stypendystka i studentka II roku filologii indonezyjsko-malajskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W Indonezji była po raz pierwszy. Specjalnie dla Czytelników portalu Moja-Indonezja.pl prosto z Indonezji opowiada o swoich wrażeniach, które prezentujemy właśnie w tym miejscu.

Z Indonezji: Paulina Worm
17/08/2011 - To już koniec mojej podróży

Do tego artykułu zabierałam się bardzo długo. Już dawno obiecałam swojemu nauczycielowi, że go prześlę, ale jak przesłać coś, co jeszcze nie ma nawet dwóch pełnych zdań. Powodem mojego ociągania się w pisaniu nie był brak czasu (no może troszkę polscy przyjaciele mnie pochłonęli), nie był też to brak pomysłów (tak wiele chciałabym Wam jeszcze opowiedzieć o Indonezji), główny powód tego ociągania się był głębszy. Pisanie o tym, co miało miejsce, co było takie miłe i pozytywnie „odrealnione” i co już nie wróci to męka. Nie sposób wyrazić mi nawet, jak smutno jest  teraz przywoływać wspomnienia o Indonezji, o ludziach, których tam poznałam i o tym, czego się tam nauczyłam. Takie podsumowywanie po fakcie jest zawsze trudne, ale i z perspektywy czasu zawsze pozytywne. To co mnie tam mogło rozczarować, drażnić teraz wywołuje tylko lekki uśmiech na twarzy. Do głowy przychodzą teraz tylko radosne chwile np. wspólna nauka tańca, gamelanu, batiku, wspólne smakowanie słodkiej herbaty (nawet jak tam niejednokrotnie prosiłam o gorzką herbatę dostawałam słodką), wspólne zakupy w supermarketach (z pewnością będzie mi brakowało niskich cen). To, co denerwowało mnie np. odwieczne czekanie, teraz znajduje odpowiedź: tamta kultura jest po prostu inna a i ludzie żyją innym tempem.

Cofnijmy się o jakieś trzy tygodnie…

Moja grupa, czyli studenci z Solo, jedziemy do miasta Bandung, aby tam zaprezentować czego uczyliśmy się przez trzy miesiące. Każde inne miasto: Surabaya, Bandung i Bali też musi dać z siebie wszystko i pokazać  co sobie przyswoili. Przez ten tydzień mamy pełno prób: taniec i gra na gamelanie, żeby na sam koniec wypaść jak najlepiej. Organizatorzy zapewniali , że dadzą nam do dyspozycji ogromną scenę. Z zapewnień nic nie wychodzi bo scena okazuje się tak mała, że choreografowie zmieniają nam prawie cały układ taneczny. Super! Na dzień przed występem takie zmiany, dezorganizowanie zamiast organizowania, dezorientacja zamiast orientacji, ale przecież przywykliśmy do niespodzianek.

Występ…

Bali postawiło na tradycyjne tańce, z wywracaniem gałek ocznych i trzęsącymi się dłońmi, Bandung pokazał taniec łączący pencak silak (sztuka walki) oraz znakomita grę na anklungu (drewniany instrument muzyczny), Surabaya tańce inspirowane plażowymi rytmami a my - Solo - poprzez taniec ukazywaliśmy pewnego rodzaju sceny z życia mieszkańców Indonezji. Modliliśmy się na scenie, zbieraliśmy ryż, jeździliśmy na koniach i zagrzewaliśmy ludzi do walki. To z czego jestem bardzo dumna to nasz występ gamelanu, może dlatego, że na początku zajęć z gamelanu bardzo nie lubiłam a później polubiłam (kiedyś może i napiszę: pokochałam). Uważam, że każde miasto pokazało „pazura”, zaznaczyło wyśmienicie swoją obecność na scenie i wpisało się w jakimś stopniu w pamięć widzów. A trochę widzów się zeszło.

Wpadki podczas występu...

Nasz taniec na sztucznych konikach odbyłby się poprawnie gdyby nie parę incydentów. Nasze stroje były dość ciężkie: korona, jakieś złote antenki we włosach, gruby, doczepiany kok, kolczyki i inne tak więc po galopie wszystko zaczęło spadać z głowy. Jessice z Niemiec spadała spódnica ją opasająca, a ona miała wrażenie, że tańczy nago (coś się jednak na ciele ostało i całkiem nago nie zeszła ze sceny). Manasi z Indii miała za zadanie lekko wypuścić strzałę z łuku w bezpieczną stronę, niestety strzała przeleciała ponad głową Julii z Rosji strącając jej koronę. Korona z głowy spadła, my na moment przerwaliśmy taniec, widownia się pośmiała ( nam do śmiechu nie było). Innym razem ktoś podczas tańca upadł na scenie, jeszcze innym razem  ktoś dostał przez przypadek po głowie jakimś rekwizytem. Jednym słowem miało być profesjonalnie a wychodziło czasem komicznie. Ale nie to się liczy. Liczy się to, że wszyscy uczestnicy, ludzie z 32 różnych krajów, założyli tradycyjne stroje indonezyjskie, zatańczyli, zagrali to co specyficzne dla Indonezyjczyków a dla nich obce. Liczy się to, że potrafiliśmy dać z siebie wszystko tam na tej małej scenie w Indonezji i zabrać to wszystko do naszych krajów.

Koniec…

Tak więc to już koniec mojej podróży. Mam nadzieję, że kogoś zachęciłam do czytania moich artykułów i może w przyszłości ktoś z was też doświadczy na swój sposób Indonezji. I tak jak na początku wspominałam cytując Wojciecha Cejrowskiego, że: „Wyprawa nabiera sensu, kiedy się z niej powraca i zaczyna ją komuś opowiadać” tak teraz podtrzymuje ta opinię. I dodam jeszcze, że ta wyprawa miała sens.

Pozdrawiają  Was:

Jessica z Niemiec, Manasi z Indii, Patu z Vanuatu, Pese z Tuvalu, Shalom z Samoa, Julia z Rosji, Ina z Timoru Wschodniego, Eli z Indonezji, Ceylani z Turcji , Serina z Korei Południowej, Vins z Wysp Salomona i ja

SALAM!

wcześniejszy wpis > 

 
 
 
 
 

Twój adres e-mail